niedziela, 15 września 2013

Cześć, garstko internautów, która przegląda tego bloga!


Do tej pory jako jedyna z naszej piszącej grupki się nie przedstawiłam, za co z całego serca przepraszam. 
(Mam nadzieję, że przeprosiny się nie marnują i ktoś ten post jednak czyta.)
Jak to mówią prywatność to jednak rzecz prywatna, więc dopóki relacja autor-czytelnik się nie rozkręci, dużo Wam o sobie nie powiem. Najważniejszą rzeczą, jaką powinniście wiedzieć jest fakt, że z natury jestem cholerną pesymistką i generalnie ciężko mi z myślą o TYM roku. Co paradoksalne (a może i nie?), pomysł na bloga o tym, jak przetrwać te nieziemsko wymagające dla naszej psychiki miesiące wyszedł ode mnie. I to w wakacje. Tak, tak. Jestem totalnie nienormalna, żeby zadręczać się tą myślą właśnie w czasie wolnym. Nie przejmowałabym się tym zbytnio. Niedługo zobaczycie, że moim priorytetem i ulubionym zajęciem jest zadręczanie się. Bez owijania w bawełnę, przyznaję się - napisałam do dziewczyn z czysto egoistycznej potrzeby stworzenia czegoś, co będzie poprawiało mi humor w takie zapracowane dni jak dziś (tzw."wesołe" zakuwanie).  I powstało, ZRODZIŁO SIĘ nasze dziecko, które mam nadzieję będzie pozytywnie nastrajać nie tylko naszą czwóreczkę, ale również Was.

Krok pierwszy i najważniejszy(!) aby nie zwariować? 

Dobrze zaplanować swój dzień - wyznaczyć określone ramy czasowe na odpoczynek i na pracę.
Jestem beznadziejna w planowaniu. Piszę te słowa właśnie wtedy, kiedy w moim cudownym kalendarzu (bigblueeye, you were right!) od godziny 19 jest zaplanowana... nauka historii. Ech, tak.

W sumie śmieszna sprawa, że będę Wam w czymkolwiek doradzać.

nie mogę Was uścisnąć ani ucałować, więc chyba już pójdę


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz